czwartek, 22 września 2016

Smutno mi, Boże...

Wokół nas panoszą się choróbska i śmierć.
Szukam jakiegoś sensu w śmierci 32 letniej matki czworga dzieci, z  których najstarsze ma 12 lat a najmłodsze 3 miesiące...
Szukam jakiegoś  usprawiedliwienia dla sytuacji, kiedy osoba lecząca się dwa lata, chodząca od lekarza do lekarza, po dwóch latach staje na granicy życia i śmierci ze zdiagnozowanym zaawansowanym nowotworem.  
Staram się zaakceptować fakt, że po dwuletnim odpoczynku wraca moje choróbsko, chociaż naprawdę sądziłam, że po narodzinach Hani wszystko się zmieni. 
Okazuje się, że cuda nie zdarzają się tak często jakbyśmy chcieli... a właściwie to nawet zdarzają się rzadziej niż myślimy... 
smutno mi 

(...)
Jak puste kłosy, z podniesiona głową,
Stoję roskoszy próżen i dosytu,
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,

 Ciszę błękitu:       
Ale przed tobą głąb serca otworzę,  
Smutno mi Boże!
 (J. Słowacki. "Hymn" fragm.)

środa, 21 września 2016

Sentymentalnie....

Hani za uszkami kręcą się loczki a to jak chodzi chwiejnym kroczkiem trzymając kurczowo w ramionach swojego ukochanego hipopotama jest najpiękniejszym widokiem na świecie. Dojrzałe macierzyństwo jest wspaniałe...więcej widzisz, mniej oczekujesz i cieszysz się każdą chwilą, każdą nową umiejętnością i przede wszystkim, do niczego się człowiekowi nie śpieszy.  Dzisiaj wróciłam myślą do początków naszego rodzicielstwa. Zmobilizowało mnie do tego nagranie, które realizowałam a które ma zostać nadane w radio. To była sentymentalna, porządkująca myśli podróż.... ale też uświadomiła mi jakimi byliśmy rodzicami... nieopierzonymi, pracującymi, ciągle w pośpiechu.Gdyby nie kłopoty dziewczynek to zapewne biegłabym tak do dziś. 
W tym sentymentalnym powiewie wróciłam do świadectw jakie napisaliśmy rok temu dla Przystani (TUTAJ) i (TUTAJ)  
Hania ma wielkie szczęście, że jest trzecia... że rodzice zdążyli już trochę zmądrzeć, dojrzeć i wyciszyć się. 
Patrząc z perspektywy czasy najgorzej miała Starsza... była eksperymentalna...wszystkiego sie na niej uczyliśmy i tak jest do dziś. 
Młodsza ma tylko nieco łatwiej.... 
Hanka ma kompletny luzik... 
nikt nie broni jej się przewrócić, 
nie chodzi za nią z kanapką jeśli nie chce jeść, 
brudzi się do woli i nie ma ubrań, których "szkoda zabrudzić, będą dla następnego", 
kiedy śpi trzy godziny to nikt nie zagląda czy aby na pewno oddycha bo już wiemy, że dzieci czasem po protu potrzebują się wyspać... 
nikt nie sadza jej przed zabawkami edukacyjnymi bo wiemy, że kiedy przyjdzie czas sama się nimi zainteresuje
nikt nie zagląda jej co 5 minut do buzi czy aby na pewno wyszły te zęby, które są opisane w internecie na stronie o rodzicach idealnych i równie idealnych dzieciach... 
luz... 
dla niej 
i dla nas 
bo poczucie obowiązku bycia rodzicem idealnym, idealnie przewidującym, idealnie organizującym i idealnie realizującym inne ideały jest przeokropnie, przecholernie trudne.... i nie do zrealizowania... 

i nie pytajcie kiedy i gdzie będzie odtworzone nagranie bo nagadałam tyle głupot że to się nie nadaje do publikacji. 
Żadnych więcej mediów. 
Trzeba znać swoje ograniczenia ;) 
Amen.

poniedziałek, 19 września 2016

Czasem sobie myślę...

że chciałabym siedzieć w mieszkanku na Saskiej Kępie, z widokiem na Francuską lub Park Skaryszewski, głaskać czarnego kota i pisać wiersze...   ciekawe czy byłabym szczęśliwa? 
Albo biegać ulicami Manhattanu.... na szpilkach i w wąskiej czarnej spódniczce z aktówką pod pachą...licząc w głowie prowizję za podpisany właśnie kontrakt.... ciekawe czy to dałoby mi szczęście? 
Albo jeszcze inaczej.... jeślibym miała domek wysoko  w górach... piekła chleb, hodowała kozy i owce, zasalała mięso, robiła warkocze z czosnku i cebuli,  zbierała leśne owoce i grzyby robiąc z nich przetwory na przetrwanie zimy...czy wreszcie mogłabym powiedzieć, że robię to, do czego jestem stworzona? 
W sumie to przecież chodziłam ulicą Francuską.... bolały mnie nogi dokładnie tak samo jak na tej  koło mojego domu. 
W domku w górach musiałabym mieć siłę konia i końskie zdrowie aby podołać tej ciężkiej pracy... a nie mam... 
Na Manhattanie żyłabym w ciągłym strachu czy nie wylecę za chwilę w powietrze... a przecież ja nie lubię się bać.... 
Cała ja.... 
Patrzę na śliczną, malutką dziecinkę, która śpi zmęczona dreptaniem i poznawaniem otaczającego ją świata. Modlę się, żeby nie miała mojego parszywego charakteru ... ciągłej melancholii i malkontenctwa....
na razie ma buzię pełną uśmiechu i łobuzerstwa 
a ja nie wiem co zrobić ze sobą, żeby tak właśnie zostało...

wtorek, 13 września 2016

Bieszczady cz. 5... i ostatnia ;)

Ponieważ w Bieszczadach byliśmy pełne 5 dni (tylko) większość miejsc została przez nas potraktowana "z grubsza". Tak też było z Rabe, gdzie przeszliśmy jedynie ścieżkę spacerową i geologiczną docierając do kamieniołomu. Nie zdążyliśmy już wejść głębiej ani zobaczyć jeziorka bobrowego, chociaż bardzo chcieliśmy. Na pewno będzie to jedna z pierwszych tras kolejnym razem bo myślę, że można ją zaliczyć do "leniwego rozbiegu"
 
 
Kiedy wracaliśmy do domku po tych wycieczkach, okazywało się, że Mała jest jeszcze w pełni sił i chociaż my najchętniej dogorywali byśmy na kanapie przed telewizorem, to Hania motywowała nas jeszcze do dalszej aktywności. A więc skakaliśmy jeszcze na wielkiej trampolinie...( no dobra... kto skakał ten skakał ;)
 albo eksplorowaliśmy kamyczki przed domem ( no dobra... kto eksplorował ten eksplorował ;)
albo spacerowaliśmy podziwiając piękno i wyjątkowość bieszczadzkiej okolicy (i tutaj musieliśmy się już włączyć czynnie;)
 

W górach jest wszystko co kocham 
i wszystkie wiersze są w bukach 
zawsze kiedy tam wracam
biorą mnie klony za wnuka 

no to do następnego roku Bieszczady...  :)

poniedziałek, 12 września 2016

Bieszczady cz. 4 - komercyjnie...

Komercja niestety nie ominęła Bieszczad. Na szczęście Bieszczady dają nam wybór... możemy skorzystać z komercji albo ją zignorować i odejść :) Po przeżyciach na piekielnym szlaku potrzebowaliśmy odpoczynku od dzikości i wrażeń. Zapora w Solinie świetnie się nadawała na taką właśnie wycieczkę.
Solina jest jedną z największych elektrowni szczytowo-pompowych na dopływie naturalnym zapory betonowej. Moc zainstalowana wynosiła przed modernizacją 136 MW, a po modernizacji wynosi 200 MW. Składa się z 4 hydrozespołów. Położona jest u stóp najwyższej w Polsce zapory typu ciężkiego. Możliwy do wykorzystania spad to 60 m. Górny zbiornik elektrowni tworzy największe w Polsce sztuczne jezioro. (Żródło)
Budowla naprawdę robi wrażenie... 
wrażenie również robi Jezioro Solińskie, które ze względu na swoją wielkość nazywane jest morzem Bieszczad.  Zapora i elementy hydroelektrowni są gigantyczne. Jezioro jest gigantyczne. Karpie pływające w tym jeziorze są również gigantyczne. 
zdjęcie z netu

zdjęcie z prawdziwie wysokiej wysokości... a karpie gigantyczne!
Po drodze na zaporę przechodzi się przez deptak pełen budek i gadżetów, gdzie królują głównie tematyczne koszulki, smoothi i oscypki. Po przejściu przez zaporę wchodzi się w raj komercji. Wesołe miasteczko a także budki z lodami, zapiekanki i gofry aby człowiek z głodu nie umarł. Obowiązkowo kawiarenka i  kebab a bliżej jeziora smażalnie ryb. Można wykupić rejs statkiem wycieczkowym po Jeziorze, wypożyczyć sobie śmieszny rowerek wodny wyglądający jak łąbędź albo pojazd MO, pójść na seans w kinie 7(?)D . Wszystko wokół pachnie, gra, śpiewa i buczy....
Tak nas męczą takie miejsca, że nawet zdjęć stamtąd nie mamy za wiele. 
Hańcia na zaporze odkryła, że za dwie łapki chodzi się fajniej niż za jedną więc calutką drogę przeszła pomiędzy nami i nie dała się spacyfikować do żadnego wózka, plecaka ani innych tym podobnych ;)

Wyjeżdżając z Soliny nawiedziliśmy jeszcze krótko Polańczyk i Sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości, gdzie znajduje się oryginał Ikony przewieziony z Cerkwi w Łopience i gdzie namierzyłam piękną rzeźbioną kapliczkę z postacią Chrystusa Frasobliwego. Uwielbiam tą figurkę.... kojarzy mi się silnie z górami i z opieką Chrystusa nad wszystkimi wędrowcami górskimi :)     

To jeszcze nie koniec komercji podczas naszego pobytu. Kolejne komercyjne miejsce jakie ze zdziwieniem odnotowaliśmy w Bieszczadach to Połonina Wetlińska.Trzeba przyznać, że komercja to na zdecydowanie mniejszą skalę niż Solina ale jednak. Na tą wycieczkę trzeba mieć kasę. Zaczynamy od 15 zł za parking. Na parkingu toj toj płatny 1zł/osoba (co jest restrykcyjnie przestrzegane przez panią pilnującą... ilość osób = ilość złotówek opłaty). Wejście na szlak kosztuje 7zł/dorosły, 3,5zł/dziecko. Karta Dużej Rodziny uprawnia do darmowego wejścia więc należy ją okazać. Na górze woda Oaza ma 700 krotne przebicie w porównaniu z ceną bazową, a jedyne posiłki jakie można tam zakupić to zupa pomidorowa i żurek w kwocie 10 zł za tycią miseczkę i taką maleńką kromeczkę chlebka, że własnym oczom nie wierzyłam. Wycieczka do schroniska o nazwie Chatka Puchatka pozwoliła mi wiele rzeczy zrobić pierwszy raz w życiu. 
Możecie mi nie wierzyć, ale pierwszy raz w życiu musiałam zapłacić za sikanie w śmierdzącym toj toju. 
Pierwszy raz w życiu ktoś zażądał ode mnie zapłaty za możliwość wejścia w góry.
Pierwszy raz w życiu szłam na szlaku prawie w kolejce. 
Pierwszy raz w życiu tak bardzo rozczarowało mnie schronisko. 
Ogólnie schroniska znam ze strony ascetycznej. Ale nazwa Chatka Puchatka tak bardzo miło mi się kojarzyła, że śmierdząca latryna, niemiła obsługa, żurek z torebki, chemiczna czekolada i ogólna niefajność tego miejsca rozczarowała mnie przeogromnie! 
Wszystko jednak wynagrodziły przepiękne okoliczności przyrody. 
Już lepiej przestanę gadać a nieco Wam pokażę... 
patrzcie i podziwiajcie! :) 
 Tak to wyglądało z dołu

Najpierw szło się tak...
 
A potem tak...

Aby w końcu wyjść na połoninę... 


Hańcia weszła na szczyt na własnych nogach, co zostało udokumentowane :) 

nic dodać... nic ująć... 

niedziela, 11 września 2016

Bieszczady cz. 3 - wodne szlaki...

Dzisiejszy post poświęcony będzie wodospadom, strumykom i górskim rzeczkom.  Przy końcu będzie to nawet dreszczowiec, który zapowiadałam już wcześniej. Ale zacznijmy od tych przyjemnych momentów. 

Samo Uroczysko ma na swoim terenie kilka nitek wodnych. Jest leśny, górski strumyk przy którym usytuowana jest piaskownica z uroczym mostkiem. Idąc przy tym strumyku można wyjść poza teren Uroczyska i przejść na drugą stronę drogi gdzie kryje się urokliwy wodospadzik.  Dla nas była to przyjemna wieczorna przechadzka, aby spalić kalorie po grillu który sobie urządziliśmy. 





Na wieczorne spalanie kalorii nadaje się również popedałowanie na rowerku wodnym po stawie który znajduje się zaraz za domkami. Po drodze nad staw można pogłaskać koniki, owieczki albo małe lamy (w sensie alpaki) ;))) 

O rezerwacie "Sine Wiry" wspominałam już we wczorajszym wpisie. Można spędzić ta przemiłe chwile nad rzeką Wetliną, a szczególnie piękny jest jej przełom. Siedzieliśmy tam dłuuuugggooo masując obolałe od pedałowania uda i zastanawiając się jak też uda nam się wsiąść z powrotem na rowery ;)  
Pewnego popołudnia postanowiliśmy się wybrać nad wodospad na potoku Czartów Młyn. Pogoda była piękna, trasa krótka i przyjemna. Nauczeni doświadczeniem, każde wyjście konsultowaliśmy najpierw  z serwisem "Twoje Bieszczady" skąd czerpaliśmy informacje i tym razem było nie inaczej. Wyruszyliśmy więc w drogę szukając punktów charakterystycznych. 
Najpierw kapliczki, która miała wyglądać tak:
Najwyraźniej kapliczkę zasiedliły bieszczadzkie anioły, ukrywając ją przed ludzkimi oczami. Nie znaleźliśmy tego punktu.

Następnie szukaliśmy oznaczenia samego wodospadu, które miało wyglądać tak:
nie było łatwo, ale zlokalizowaliśmy ten znak, jednak naszym oczom ukazał się on tak:
Aby przejść na początek trasy trzeba było przejść w bród przez Wołkowyjkę. To nie jest dokładnie to miejsce ale mniej więcej  przejście wyglądało podobnie, tylko bez potoku wpadającego do rzeczki:
i tutaj zaczęły się przygody bo Starsza, obarczona problemami z równowagą, wywaliła się na kamieniach. Niosła plecak, który okazał się nie podopinany i wyleciały z niego do rzeczki różne przedmioty. 

Opanowaliśmy jakoś sytuację i wyrzut stresu u Starszej i wyruszyliśmy w trasę, która okazała się ścieżką w zupełnej dziczy... 

co jakiś czas trzeba było pokonywać wpław (w bród oczywiście) wijącą się wdzięcznie Wołkowyjkę, a co jakiś czas wpadaliśmy w zalegające na ścieżkach błotko, pomimo iż czas był niezwykle suchy o czym mieliśmy się przekonać docierając na miejsce.

O mało co nie ominęliśmy wodospadu, który był celem naszej podróży. 
Sugerując się serwisem, szukaliśmy mniej więcej takiego widoku
ale w nasz, suchy czas, wodospad prezentował się nieco inaczej 


Nasze zdjęcia są kiepskiej jakości więc nie sugerujcie się nimi i zapewniam Was, że warto jest przejść tą drogę. Sam wodospad jest także miejscem niezwykłym. Usytuowany jest jakby w rozpadlinie a okolica wydaje się niezwykle mroczna, przytłaczająca i biorąc pod uwagę nazwę "czartów młyn" - nawet piekielna. ;) Nie znalazłam nigdzie historii skąd wzięła się ta nazwa więc gdyby ktoś wiedział to chętnie poznam :)
Po sesji fotograficznej, podotykaniu wszystkiego co się dało dotknąć i krótkim odpoczynku, ruszyliśmy w drogę powrotną gdyż zbliżał się wieczór. 
Szliśmy mniej więcej taką okolicą 



gdzie byliśmy zupełnie sami i jedyne odgłosy to były nasze rozmowy i chrzęst pod naszymi nogami, 
gdy nagle usłyszeliśmy TE DŹWIĘKI.... 
trudno je nazwać, ale był to jakby chrzęst kamieni, łamanych pod nogami gałązek i inne tego typu, sugerujące  przemieszczanie się gdzieś z boku, ponad naszą ścieżką, jakiegoś dużego stworzenia. 
Najpierw zdębieliśmy.... potem zaczęliśmy się rozglądać idąc jednocześnie coraz szybciej naszą ścieżką. Żywiciel Rodziny złapał jedynie jakiś leżący na ziemi, połamany konar drzewa i od tego momentu już biegliśmy, pokonując drogę powrotną na parking w tempie ekspresowym. Jak rącze sarenki przeskakiwaliśmy bród Wołkowyjki i zupełnie nie przejmowaliśmy się błotem na naszych butach... byle tylko szybko i bezpiecznie wyjść z dzikiego lasu gdzie jego prawdziwi mieszkańcy mieli zdecydowanie większe prawo przebywać niż my. 
Nie macie pojęcia jaką ulgą jest w takiej sytuacji moment, w którym zasiedliśmy w samochodzie i odpaliliśmy silnik aby stamtąd odjechać.:) 
Tak zakończył się wieczór pełen wrażeń i kolejnego dnia, biorąc pod uwagę nasze zdrowie psychiczne poszliśmy sobie na komercyjną zaporę w Solinie. 
Ale o tym w kolejnej części... :)

sobota, 10 września 2016

Bieszczady cz. 2 - rowerowo...

Kolejna nasza wyprawa była dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Sama w sobie nie była ona trudna, jednak małżonek mój postanowił pokonać ją rowerami. Nie wiem dlaczego się na to zgodziłam... być może dlatego, że kompletnie nie miałam pojęcia na co się piszę. Dla wytrawnych cyklistów zapewne ta trasa to "śmiech na sali", ale dla mnie - kompletnie pozbawionej formy - była to wyprawa ponad siły.  Choć patrząc na zdjęcia mamy Dzielnego Franka trasa wygląda na płaską i prostą to rowerem okazało się, że w górę jest CAŁY CZAS pod górkę i bolą nogi od pedałowania... a w dół jest CAŁY CZAS w dół i bolą ręce od przetrzymywanego hamulca. Cel okazał się jednak wart tego poświęcenia i Cerkiew w Łopience, bo o niej mowa, oraz okolica w jakiej się znajduje całkowicie wynagrodziły nam trudy jej zdobycia :) 

zupełnie nie wierzę, że nam się to udało. A już największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że dziewczyny były co prawda zmęczone, ale szczęśliwe i ani przez chwilę nie zamarudziły. Ja za to wyczerpałam limit marudzenia za wszystkich... na szczęście tylko podczas jazdy w górę.  
Historia Łopienki, dla zainteresowanych, dostępna jest TUTAJ

Moim subiektywnym zdaniem cerkiew jest piękna w swoim ascetyzmie. Ze zdziwieniem odnotowałam fakt współistnienia w tej cerkwi figury Matki Bożej Fatimskiej, Chrystusa Bieszczadzkiego, Świętej Rodziny i Ikony Matki Bożej Werchrackiej.

Ludzie zostawiają w tym miejscu wiele swoich pragnień, próśb, wzruszeń i podziękowań.... 


Po zwiedzeniu cerkwi znaleźliśmy sobie piękną, zacienioną miejscówkę
usytuowaną pod dzwonnicą 
i posililiśmy się najpyszniejszą na świecie drożdżówką oraz najsmaczniejszym w życiu arbuzem... 
chłonąc piękno okolicy... 

A kiedy staniesz na progu, 
tej cerkwi samotnej i białej, 
odchodząc pokłoń się Bogu.
Weź krzyż swój i wędruj dalej...
(Magdalena Apostołowicz. "Do wędrowca" fragm.)

powędrowaliśmy i my.... 


idąc za ciosem, rowerami pojechaliśmy na drugą stronę szosy, czyli do rezerwatu "Sine Wiry"





a tam okazało się, że NAPRAWDĘ są jeszcze na tym świecie miejsca gdzie nie ma żadnego zasięgu...
Garść informacji o rezerwacie TUTAJ... a wspomnienie mamy Frania- TUTAJ  


wszyscy mieliśmy ochotę na głębszy wypoczynek, ale tylko Hania mogła sobie na niego pozwolić...
Zmęczenie nasze po tej wyprawie było kosmiczne... ale załapaliśmy rowerowego bakcyla i teraz jak tylko mamy chwilę i pogoda pozwala - jeździmy na rowerach... i to jest super owoc jaki z tej wyprawy przywieźliśmy do domu ... :)