piątek, 26 sierpnia 2016

Bieszczadzkie anioły....

Z niemałym zaskoczeniem skonstatowałam, iż wielkimi krokami zbliża się koniec wakacji. To były dziwne wakacje
taka
 
Droga za drogą,
ale bez odwrotu.
Dostępne tylko to,
co masz przed sobą,
a tam, jak na pociechę,
zakręt za zakrętem,
zdumienie za zdumieniem,
za widokiem widok.
Możesz wybierać
gdzie być albo nie być,
przeskoczyć, zboczyć
byle nie przeoczyć.

a jak już podjęłam jakąś decyzję to zaczynały się schody...

Więc tędy albo tędy,
chyba że tamtędy,
na wyczucie, przeczucie,
na rozum, na przełaj,
na chybił trafił,
na splątane skróty.
Przez któreś z rzędu rzędy
korytarzy, bram,
prędko, bo w czasie
niewiele masz czasu,
z miejsca na miejsce
do wielu jeszcze otwartych,
gdzie ciemność i rozterka
ale prześwit, zachwyt,
gdzie radość, choć nieradość
nieomal opodal,
a gdzie indziej, gdzieniegdzie,
ówdzie i gdzie bądź
szczęście w nieszczęściu
jak w nawiasie nawias,
i zgoda na to wszystko
i raptem urwisko,
urwisko, ale mostek,
mostek, ale chwiejny,
chwiejny, ale jedyny,
bo drugiego nie ma.

a z czasem, powoli, docierało do mnie, że

Gdzieś stąd musi być wyjście,
to więcej niż pewne.
Ale nie ty go szukasz,
to ono cię szuka,
to ono od początku
w pogoni za tobą,
a ten labirynt
to nic innego jak tylko,
jak tylko twoja, dopóki się da,
twoja, dopóki twoja,
ucieczka, ucieczka
(Wisława Szymborska. Labirynt.)
 
czekam więc aż mnie znajdzie.... jakieś rozwiązanie.... jakaś myśl

a tymczasem zmęczyłam się

zmęczyła mnie bezradność

znikam więc poszukać bieszczadzkich aniołów. Niech trącą mnie skrzydłem, niech wleją we mnie przez zielony kielonek choć odrobinę tej bieszczadzkiej radości i beztroski... niech urosną mi skrzydła u ramion... nie musza być tak silne żeby unieść mnie w przestworza, ale może chociaż podniosą mnie z ziemi?

przesuwamy więc początek roku szkolnego na dalszy czas :)

jeszcze tydzień ... i mam nadzieję że ten tydzień będzie nareszcie wakacyjny... 

niedziela, 14 sierpnia 2016

umiesz liczyć...?

jedna z zabawek naszej Najmłodszej córeczki pyta na starcie  umiesz liczyć?
natychmiast w mojej głowie pojawia się odpowiedź... licz na siebie...
i wbrew pierwszemu wrażeniu to nie zgorzkniałość przeze mnie przemawia... 
tylko pragnienie....
pragnienie odzyskania kontroli
pragnienie przejęcia steru i poczucie, że statek mojego życia płynie tam gdzie go prowadzę
bo na razie
nad niczym nie panuję
nic ode mnie nie zależy
jestem drobinką piasku w klepsydrze w machających rękach psotnego brzdąca kręcącego się na karuzeli. Trochę dobrego miesza się z odrobinami złego. A ja mam wwwiiiieeeelllkkkkiiiii zawrót głowy. 

chciałabym umieć liczyć na siebie....  odzyskać do siebie zaufanie... polubić się na nowo i przyjąć z radością swój własny uśmiech... 
wbrew ogólnie panującej tendencji przypisywania podobieństwa Najmłodszej do Żywiciela Rodziny, ja zauważam w niej niepokojące podobieństwo do mnie.  W ściągniętych w skupieniu brwiach... nagłych wybuchach emocji...w dążeniu do przejmowania kontroli w każdej sytuacji...
widzę w niej również wiele radości, której i mnie kiedyś nie brakowało 
mam nadzieję że życie nie stłamsi w niej tego uśmiechu
uśmiechu - którego mnie samej we mnie najbardziej brakuje...

niedziela, 17 lipca 2016

Cofnąć czas.... tylko tyle pragnę...

Wróciłam... i nie mam siły wrócić...
jestem.... a jakby mnie nie było...
codzienność, przez chwilę łatwa i prosta, zmieniła się na powrót w poszarpaną i ostro kłującą...
Tylko nasza, roczna już dziewczynka, jest światełkiem w tunelu. Do roczku jeszcze wrócę bo warto go uwiecznić w sposób odpowiedni, nie w pośpiechu, depresji i ogólnym czarnowidztwie... 
świat mnie męczy swoim dostosowaniem do mojego podłego nastroju... 
nie lubię siebie takiej
ale taka właśnie jestem 
wykopię się... potrzebuję tylko trochę czasu i oddechu .... 
i pozytywnych wyników badania Młodszej (co jest niemożliwe) 
i nagłej poprawy całokształtu Starszej i Młodszej (czytaj: mojej akceptacji stanu faktycznego bo wszystko inne jest niemożliwe)
i zażegnania tego potwornego poczucia winy jakim się obarczam...  a czas jak oszalały leci do przodu choć ja tak bardzo chciałabym, żeby w tym samym tempie leciał do tyłu ... przynajmniej o 10 lat...
może ktoś ma jakąś dobrą radę jak cofnąć czas? zupełnie żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w rachubę... 

niedziela, 26 czerwca 2016

Dzisiaj...

Zostawiam za sobą długi tydzień... po długim miesiącu... 
Od ponad tygodnia, schemat mojego dnia jest podobny. Pobudka o piątej rano aby zdążyć zorganizować dzień przed wyjściem do szpitala. Oprócz bowiem Młodszej w szpitalu jest jeszcze pracujący małżonek, Starsza i Najmłodsza oraz pies, zdecydowanie przydający prac domowych w fazie zrzucania sierści po domu w którym raczkuje niemowlak. Najważniejsze jednak jest to aby najpóźniej o 8 rano wyruszyć do szpitala i przejść z Młodszą wszystkie konieczne aspekty szpitalnego życia. Rano pomagam jej więc w kąpieli, czeszę włosy, rozmawiam z lekarzami na wizycie, trzymam za rękę podczas bolesnych zabiegów następujących potem a po wszystkich trudnych sprawach, szpitalnym rytuałem stała się wizyta w Kaplicy, gdzie w ciszy i spokoju (bo nigdy nie widzieliśmy tam nikogo oprócz nas) odmawiamy sobie kilka modlitw przytulając się do siebie i do Pana Boga. Ostatnim punktem szpitalnego czasu wspólnego jest wizyta w szpitalnym sklepiku gdzie zakupujemy sok i gazetę na dalszy ciąg, samotnego już, dnia Ali. Zdarza się czasem, że trafiają się na sali dzieci kontaktowe i kontaktowe ich matki, wtedy Ala jest zadowolona bo dzien płynie im przyjemniej... ale ludzie bywają różni....
Panujący wokół upał tylko pogarsza sprawę. 
Dzisiaj kończy sie podawany Młodszej antybiotyk. 
Dzisiaj po porannej wizycie zabieramy ją do domu. 
Ucho natomiast nadal nie wygląda dobrze... nie jestem więc spokojna... tym bardziej, że mam wrażenie, że pomysły na leczenie lekarzom się skończyły....
Ale o tym wszystkim bedę myśleć potem 
zostawiam bowiem za sobą dom, kłopoty zdrowotne i kłopoty wszelkiej innej maści i jedziemy na wyczekiwany przez nas tak bardzo wyjazd rekolekcyjny. 
Dobrego czasu wakacyjnego, życzymy wszystkim Wam i sobie samym również.... :) 
 

piątek, 17 czerwca 2016

Znowu szpital...

Za oknem, zupełnie niedaleko, grupowe oglądanie meczy... zawsze wiem kiedy Polska strzela gola, choć zupełnie mnie to nie interesuje...
Wszystko wokół mnie żyje tym szaleństwem. Powiewające flagi, pomalowane twarze, pomalowane we flagi ciążowe brzuszki...
Ale to Euro mnie nie rusza.... mam własne zawody...
Alicja w szpitalu...
O tym, co tam się dzieje nie chce mi się pisać... nie warto brudzić tego miejsca tymi opowieściami. Dość powiedzieć, że kiedy tam wchodzę zmieniam się w potwora, którego istnienia w sobie nawet nie podejrzewałam.
W piątek mieliśmy wyjechać w wyjątkowe miejsce... w wyjątkowy czas... wiemy już na pewno że to się nie uda  w pełnym wymiarze.... o wymiar niepełny toczy się jeszcze walka...
piłka w grze... 
euro mojego życia toczy się w najlepsze... na razie pełne porażek.... 

niedziela, 5 czerwca 2016

Czas teraźniejszy....


Najmłodsza, osłabiona tygodniową już biegunką, rwanymi nocami przeplatanymi płaczem, poszła spać o 19. Zaczynam się martwić. Smecta, dicoflor i nawadnianie nie dają zadowalających efektów.
Młodsza znowu na antybiotyku. Cotygodniowe wizyty u laryngologa zaczynają wpływać na mój organizm, powodując cośrodowy ból głowy. 
Starsza postanowiła przygarnąć wszystkie jedynki, które bezpańsko krążą po szkolnych korytarzach i w efekcie jej dobroduszności, matka z ojcem dostają duszności na myśl o końcu roku, który już już grozi palcem zza rogu. 
Posadziłam w ogródku kwiaty i krzewy.... niebieskie, herbaciane, białe, żółte i różowe. Siadam na ogrodowej huśtawce a jeśli mam szczęście i wokół mnie panuje względna cisza, słyszę ptaki. Jest to jeden z niewielu dźwięków, który mnie ostatnio nie drażni. Staram się radzić sobie ogrodoterapią, spaceroterapią i unikaniem wychylania się z myślami poza dzień dzisiejszy. 
Bujamy się więc z Najmłodszą starając się ogarnąć czas teraźniejszy... 
ona - bo innego nie zna... 
a ja - bo właśnie znam... 

sobota, 21 maja 2016

Kołomyja....

Po konfrontacji z trzytygodniową dziecinką okazało się, że nasza Najmłodsza to już kawał baby :)  Maleństwa są takie rozbrajające, nawet płacz jest cichutki jak u małego kotka... zapomniałam już że i Hania tak płakała. Teraz natomiast Hanka kontroluje otoczenie i kiedy dzieje się coś co nie odpowiada jest zamierzeniom/potrzebom/zachciankom (właściwe podkreśl) włącza się u naszej córeczki syrena alarmowa, której dźwięk zdecydowanie nie przypomina owego rozkosznego kwilenia. 

Przełamałam się i pozbyłam się części rzeczy

to dla mnie duża sprawa

to pierwszy znak przyzwolenia na to, że już nie przeżyjemy kolejnego rodzicielstwa choć tak bardzo tego oboje pragnęliśmy... 

Dziewczyny starsze natomiast zarządziły pidżama-party. W praktyce oznaczało to między innymi przygotowywanie legowisk dla pięciu nastolatek, oczywiście koniecznie w jednym pokoju. Na szczęście istnieją pizze na zamówienie bo generalnie ogarnianie przyjęcia zaczęło mnie w różnych aspektach przerastać. Jedna z dziewczynek o godzinie 22 postanowiła, że złe samopoczucie nie pozwala jej dłużej pozostawać w naszych progach więc dziękując intuicji, iż porwałam się na to przedsięwzięcie w czasie kiedy ŻR miał dniówkę, zorganizowaliśmy odtransportowane dziecka w rodzinne pielesze. Jakież było moje zdziwienie, kiedy o 7.30 rankiem dnia następnego, dziewczynka w doskonałym samopoczuciu na przyjęcie wróciła... tylko że cała reszta towarzystwa odsypiała jeszcze wieczór ;) Muszę przyznać, że tego typu spotkania z Najmłodszą w zanadrzu są trudne do przeprowadzenia. Ponieważ jednak bardzo mi zależało, żeby wszystkie dziewczyny dobrze się bawiły udało mi się nawet na śniadanie dla całej gromadki zrobić naleśniki... a co! 
Wprawiło mnie to wszystko jednakowoż w pewien smutek. Tak sobie pomyślałam, że jak Hania będzie w wieku dziewczyn to ja już mogę nie mieć siły na ogarnianie pidżama-party nastolatek. 
Czasem tak mi żal tego dziecka...  wielu rzeczy, które robiliśmy z dziewczynami z Hanią już możemy nie zrobić... 
bo każdy wiek ma swoje prawa... ale ograniczenia również...

poniedziałek, 16 maja 2016

Dziesięć miesięcy...

Dziesięć miesięcy i trzy dni temu byłam już (po raz trzeci) najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi... jestem nim do dziś tylko nieco bardziej zmęczonym  i niewyspanym :)
Najmłodsza za to odwrotnie... dziesięć miesięcy temu była nieco zmęczona i niewyspana, a dziś jest kłębkiem szczęścia... :)
Świętowała w piątek trzynastego swoją dziesięciomiesięcznicę  od szóstej rano do dwudziestej pierwszej z półgodzinną przerwą na drzemkę :) Zafascynowana eksploracją własnej osoby testuje pociąganie się za uszy, za włosy a czasem nawet plaśnięcie w czoło, po którym zdziwiona oraz oburzona patrzy na własną rękę. 
Równie ekstremalne jest testowanie głosiku ... 
  • gruchanie i mruczenie jest przeurocze... 
  • składanie sylab dla osób oczekujących (ma ma - dla mamy, ta ta - dla taty, ba ba - dla Babci, da da - dla Dziadka i jeszcze wiele innych:) ) bywa męczące...
  • natomiast piśnięcia, pokrzykiwania i inne zupełnie niekontrolowane odgłosy są fascynujące dla niej samej i dla otoczenia również :) 
Cały czas testuje jak by tu pociągnąć Psicę a to za ogon a to za łapkę i głośno daje wyraz swemu niezadowoleniu, kiedy ratowana jest przed pożarciem przez zwierzaka. 
Cały czas gdzieś wędruje, otwiera kolejne szafki, szuflady, pudełka. Trzeba pilnować aby nie wybiła świeżo objawionych zębów, aby nie przycięła paluszków, aby nie rozbiła główki spadając z łóżka, kanapy, innego mebla... 
Uwielbiamy Ją wszyscy! I wszyscy nie ogarniamy tego małego brzdąca pełnego energii, której szczególnie rodzicom tak brakuje....
Dziś odpoczywamy... po Komuniach tydzień po tygodniu, po stresach tygodnia, po wizytach i wyjazdach. 
Mała śpi a i mnie oko leci... i znowu zamiast nadrobić zaległości po prostu pójdę spać...  
brawo ja... 
ehhhhhhhhhhhh



środa, 11 maja 2016

Ocalić od zapomnienia...

Codziennie powtarzam sobie, że już dziś na pewno napiszę...
napisze krótką notkę z jakimś wspomnieniem, które za dziesięć lat będzie dla mnie na wagę złota...
chciałabym napisać
  • jak Hania śmiesznie raczkuje prostując i wyciągając prawą nóżkę wprzód aby następnie łapać wątłą równowagę pozostałej części ciała... i robi to tak szybko, że nasza zabawa w załadowywanie zmywarki kończy się coraz częstszym odnoszeniem Małej pod stół w salonie.... (zabawa polega na tym, że otwieram zmywarkę która niesamowicie fascynuje Hanię i chciałaby przy niej postać, polizać, spróbować... cóż... nie jest to to o czym marzy mama czyli ja. Aby więc zapobiec lizaniu brudnej zmywarki odnoszę Małą do salonu pod stół, sadzam na małej doopce i pędzę załadowywać zmywarkę mając Małą cały czas na oku. Ona raczkując przybywa do mnie czym prędzej i to "prędzej" z dnia na dzień jest prędsze :) )
  • jak Hania pięknie tańczy usłyszawszy jakąkolwiek muzykę... nawet dźwięk telefonu ;) furorę jednak, obok "Jagódek" robi teraz "osioł Stefan, który miał marzenie"... Hania podryguje całym ciałkiem kiedy słyszy tą pioseneczkę a radość na buźce jest pełna... :)  
  • jako też nieodrodna córeczka swojego Tatusia jest domatorką pełną gębą a zmuszona do przemieszczania się samochodem drze się płacze jak za przeproszeniem stare prześcieradło wniebogłosy i ostatnią deską ratunku jest "Whisky in the jar" oczywiście w hardcorowej wersji i jak najgłośniej fabryka dała....
  • ocalić od zapomnienia chciałoby się wszystkie "ba ba" "ma ma" i "da da" wypowiadane dziecięcym głosikiem, zabawne machanie nóżkami podczas  huśtania na huśtawce, fascynacja w oczkach, które widzą dmuchane bańki mydlane fruwające wokół... 
chciałoby się napisać ale... 
Starsza zachorowała i rzyga wymiotuje jak kot z kłaczkiem 
Młodsza i jej rehabilitacja to kolejny trudny temat 
brak snu powoduje, że każda czynność wykonywana jest spowolniona o 50 %
piękna pogoda mobilizuje do siedzenia na podwórku ewentualnie spacerów a konieczne czynności typu sprzątanie, gotowanie itp itd leżą zupełnym odłogiem... 

więc nie ma czasu, żeby pisać... 

a szkoda... :) 

piątek, 6 maja 2016

Przesilenie....

Przesilenie wiosenne połączone z trzema/czterema/pięcioma pobudkami nocnymi nie wpływa zbawiennie na mój organizm. Zaczynam coraz częściej i konkretniej wyrażać chęć odstawienia Najmłodszej od piersi. Tylko jak zabrać to ukojenie w płaczu... ten lek na całe zło i niesprawiedliwość świata tego... to źródło nie tylko pożywienia ale również połączenia, którego mocy nigdy nie znałam i nawet się nie spodziewałam że to aż taka siła...
z wielkim trudem przychodzi mi zamykanie kolejnych etapów...
nie byłam jeszcze w stanie pozbyć się swoich ubrań ciążowych...
wczoraj, wyrzucając do śmieci leki, które wspomagały moją ciążę czułam jakbym zamykała coś czego wcale nie chciałabym jeszcze zamykać. Wiem, że dla wielu ciąża jest czasem trudnym.... u mnie także nie było idealnie, ale we wspomnieniach zostało mi tylko niesamowite wzruszenie kiedy kopały mnie od środka małe nóżki i poczucie  bezgranicznego szczęścia, kiedy głaskałam co raz to większy brzuch. A dziś patrzę na roześmianego brzdąca, coraz szybciej zapylającego na czterech aby psotnie pootwierać szafki w kuchni i poślinionymi łapkami zamazać szybkę piekarnika lub lustro w przedpokoju :) 
czuję się zawieszona
JESZCZE wciąż żywo w pamięci czas brzuszka, zgagi i spuchniętych nóg...
JESZCZE tak żywe wspomnienie porodu i tych pierwszych, magicznych chwil razem...
a JUŻ miałabym się pozbywać ostatniej, cielesnej formy połączenia, które dotyczy tylko mnie i Jej... 
ale 
mój organizm jest bardzo wyczerpany. Ciąża, poród i karmienie zrobiły swoje a trzeba sobie brutalnie powiedzieć że dwudziestu lat już niestety nie mam... 

jakże ja żałuję, że nie mogłam przeżywać tego wszystkiego dwadzieścia lat temu 
jakże ja żałuję, że nie mogę przeżyć tego jeszcze chociaż raz..

i kiedy patrzę na wieszaki, zacietrzewione twarze kobiet walczących o "wolność" czy macice pokazujące "faka" to sobie myślę, że życie bywa takie niesprawiedliwe...