sobota, 31 grudnia 2016

Ostatni dzień roku....

Święta przemknęły równie szybko jak stopniał wigilijny śnieg. Za chwilę przeminie Sylwestrowa noc i zacznie się kolejny rok z reszty naszego życia. Niedługo też minie kolejna rocznica istnienia tego miejsca i zapewne o niej znowu zapomnę a więc już dziś chciałam Wam wszystkim podziękować za Waszą obecność. Patrzę na to miejsce z perspektywy czterech minionych lat. Zmieniło się w moim życiu wszystko. Nie waham się powiedzieć że założenie tego bloga to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Gdyby nie to miejsce nie byłoby w moim życiu Hani. Chyba nic więcej nie muszę dodawać. Dziękuję tym, którzy byli ze mną od początku i zostali do dziś. Tym, którzy przyszli w trakcie i się zadomowili. A przede wszystkim jednak dziękuję wszystkim komentującym... za każdy komentarz i każde słowo wsparcia, podniesienia i zrozumienia jakie od Was otrzymałam. Zawsze starałam się na każdy komentarz odpowiedzieć, bo każdy komentarz traktowałam jak krótką rozmowę.... osobiście i indywidualnie...   
Cóż chciałabym sobie i Wam życzyć na nowy rok? 
Żebyśmy zdrowi byli, kasa nam się zgadzała a dzieci tramwajów nie czepiały! :D 
Sukcesów w zdobywaniu szczytów wzorem Haneczki :) 



 
Oraz wspaniałej sylwestrowej zabawy! Bawcie się dobrze! 
I do siego roku kochani!

 

sobota, 24 grudnia 2016

Święta, święta...

Podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław Ojczyznę miłą! W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą. Dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami.
A Słowo Ciałem się stało i mieszkało miedzy nami!



Chociaż tak trudno czasem znaleźć tą iskrę radości w naszym życiu, to jednak zawsze warto się starać o jej wzniecenie. Niech Boże Dziecię napełni Was i Wasze domy pokojem i radością. Niech swoim przyjściem na świat wniesie w nasze serca miłość małżeńską, rodzicielską ale i tą najgłupszą, zupełnie bezinteresowną.
I nie tylko na te Święta, ale na cały kolejny rok i na całe życie... :)

RADOSNYCH ŚWIĄT KOCHANI!

środa, 21 grudnia 2016

Przedświatecznie....

Radość z oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia jest u mnie skutecznie tłamszona. Poczynając od zupełnie podstawowych spraw tj. zwykłe, codzienne zakupy i walka z ilością ludzi jaka  w związku z przedświąteczną gorączką zakupową nagle się w sklepach objawiła. Poprzez wirusa rządzącego naszym domem od ponad tygodnia i obawie o zdrowie Najmłodszej  Aż do troski o jedną z najbliższych osób w moim życiu, która spędzi te Święta samotnie, smutno i tak daleko od domu, że płakać nam się wszystkim chce. Osoba, która od kilku lat przeżywa gehennę, o której postanowiła opowiedzieć dopiero w ostatnich dniach a my nie jesteśmy w stanie zrobić NIC oprócz wsparcia słowem. Od kilku lat dzieje się źle w tamtej rodzinie. X nigdy się nie skarżył. Widzieliśmy podczas krótkich rozmów i spotkań że to nie jest ten sam człowiek... że jest smutny, zgaszony i pozbawiony energii do życia. Przeżywa koszmar o jakim nie mieliśmy pojęcia.
Nie wiem jak mam cieszyć się na te Święta.
Nie wiem jak zgasić to poczucie paniki i troski o X jakie siedzi w moim sercu.
Mogę jedynie, jako KATOL wypie...alać do Kościoła, co z chęcią obrażenia mnie i mojej rodziny zostało wywrzeszczane przez poprawną, dobrze ustawioną życiowo, zrobioną na 'bóstwo" panią w średnim wieku.  Tak to właśnie wygląda, kiedy "bóstwem" staje się pieniądz, kosmetyk, ciuch z dobrego butiku. Takiemu człowiekowi obce są wartości nie dotyczące ciała. Ciała, które pomimo tej codziennej atencji jest pokiereszowane, obolałe a wiek średni w żaden sposób nie jest zatuszowany, szczególnie kiedy perfekcyjnie wymalowane usta wykrzywiają się w pogardzie i wychodzi z nich takie robactwo. Zawsze uważałam, że owszem należy o siebie dbać, ale są pewne naturalne procesy które przyjmować należy z godnością. Z godnością też można się różnić. 
To co było chęcią obrażenia nas jest dla mnie czymś co mnie bardzo cieszy.  NIGDY z tą osobą nie rozmawiałam o mojej wierze. Nigdy nie proponowałam jej nawrócenia ani nie opowiadałam o tym co Bóg w naszym życiu zrobił. Jej atak świadczy o tym, że pomimo iż NIC o Bogu nie mówimy słowami to jednak takie osoby jak ta pani "razimy" swoim przykładem. 
Żeby było jasne, nigdy o tej Pani nie powiedzieliśmy złego słowa. Nie była nawet obecna w naszym życiu na codzień. Nie mieliśmy pojęcia co się dzieje u X więc nie mieliśmy nawet żadnego powodu aby myśleć źle ani o tej Pani ani o Jej córce.  
Z radością pójdę do Kościoła i spędzę godzinę modląc się na Mszy Świętej. 
Szczególnie mając świadomość że są tacy, którzy tą godzinę (a nawet kilka godzin dziennie) spędzą w toalecie swojego domu, wcierając w siebie kremy, pudry i godzinami malując cienie i kreski nad oczami. Każdego dnia. Po to aby wyjść z domu wyrzucić śmieci i pójść kupić chleb, wydając się obcym i zupełnie nie zainteresowanym ludziom, jaka jestem piękna. Następnie wieczorem godzinę to wszystko z siebie zmywać i kolejną godzinę wcierać chemikalia mające na celu poprawić degradację tego, co sprawiały przez kilka ostatnich godzin chemikalia mające tworzyć ową "piękność". 
Świat oszalał.... to jest jedyna konkluzja jaka w ostatnich dniach przychodzi mi do głowy... w świetle polityki, wojen, zamachów.... ten świat oszalał a poziom jego rozpędzenia i kierunek w jakim zmierza jawi mi się jedynie jako jego KONIEC...
takie to przedświąteczne radości u nas. 
mam nadzieję że u Was zdecydowanie lepiej....

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Piernikowe atrakcje... + aktualizacja...

W poprzednim poście zachowałam dla potomnych jedną radę dotyczącą sprzątania. A mianowicie, że jeśli robisz to raz na trzy lata - efekt jest piorunujący. Dziś zamierzam do tamtej rady dodać jeszcze jedną, tym razem będzie dotyczyć pierniczków. 
Pierwszy raz w życiu robiłam pierniczki.... naprawdę! Nigdy nie lubiłam ciasta piernikowego. Nie miałam też nigdy artystycznych zapędów do dekorowania a dziewczyny absolutnie nie naciskały na ten rodzaj rozrywki. A tak naprawdę powodem omijania tematu piernikowego był po prostu brak czasu. Kiedy pracowałam, Wigilię przygotowywało się w dzień Wigili i były to tylko potrawy absolutnie podstawowe. Teraz nieco zmieniła się moja sytuacja a więc pierniki zaświtały w mej głowie. 
Zdobywszy przepis..... nabywszy niezbędne  ingrediencje, łącznie z barwnikami do lukru i ozdóbkami, zabrałam się do pracy. Rozpuściłam podane w przepisie składniki i zdziwiłam się tylko troszkę, że to taka bomba kaloryczna. Dopiero, kiedy  zaczęłam łączyć składniki suche z mokrymi, a ciasto zamiast lepić się pięknie w kulkę wciąż przypominało zupę, zaczęłam drążyć przepis. Przeczytałam go kilkukrotnie zanim się zorientowałam..... 
o zgrozo... 
okazało się, że 1 k w przepisie nie oznacza jednego kilograma masła a jedną kostkę!   
cóż... nie wpadłam na to.... :) 
moja pierwsza myśl... wywalić to wszystko i zrobić ciasto na nowo... 
ale skąd wezmę kolejne pół kilograma miodu? a bez miodu piernik jakby zupełnie nie pasuje.. :) 
zaczęłam ratować 
podzieliłam zupę na pół.
 

Do jednej dosypywałam mąki, sody i jajek tak długo aż zaczęła konsystencją przypominać ciasto, wylałam na blachę i wyszła piękna blacha ciasta maślano-piernikowego z przewagą maślanego :) 





do drugiej połowy zupy, dosypywałam mąki, sody i jajek tak długo aż zaczęła przypominać kulkę :) Wypiekłam z tego 60 ciastek maślano-piernikowych z przewagą maślanych :) Starsza w dekoracjach preferowała kropki... Młodsza mazy.... a Najmłodsza przespała całą imprezę :) Fajnie było :)

Zachowuję dla potomnych nie dlatego aby pochwalić się swoją, wyjątkową zupełnie ignorancją w czytaniu przepisów, ale dlatego, że i owo ciasto i owe pierniczki są zupełnie unikatowe. Nikt, łącznie ze mną, nie zna na nie dokładnego przepisu bo tworząc te dzieła sypałam wszystko "na oko" :) 
a jak brzmi przedświąteczna rada? 
Nigdy nie zmieniajcie w połowie pracy zdania na temat podstawowy... jeśli robicie ciastka maślane - róbcie... jeśli piernikowe - róbcie piernikowe... łączenie tych przepisów nie jest najlepszym pomysłem :))) 
Ciekawe jakie jeszcze przedświąteczne niespodzianki nas czekają :) 


AKTUALIZACJA
a tutaj fragment z bloga Agnieszki, mamy Dzielnego Franka ...
ja się włączyłam... 
zachęcam!

Na zakończenie tego wpisu jeszcze jedna sprawa.
Wiem, że tu zaglądają sami dobrzy ludzie, dlatego odważę się Was o coś poprosić. Pamiętacie jak prawie dwa lata temu pisałam tu o cierpieniu małego Kordusia? Chłopca, który urodził się jako zdrowe dziecko - biegał, łobuzował, aż w okolicach 3 roku życia coś zaczęło się zmienić - Korduś zaczął się potykać, by z czasem stracić umiejętność chodzenia, siadania, mówienia. Gdy go poznaliśmy w czasie jednej z hospitalizacji Frania w klinice na Litewskiej w Warszawie, był kłębkiem bólu. Wtedy jeszcze wszyscy sądzili, że to efekt zapalenie mózgu. Dziś wiadomo, że to choroba genetyczna, która manifestuje się tak późno - wadliwy gen VAC 14. Jedyny taki przypadek na świecie. Korduś jest w pełni świadomy, wszystko rozumie, nie jest w stanie zapanowac nad dystonią szarpiącą jego ciało. Widziałam to, słyszłam jego płacz... nie potrafię Wam nawet opisać cierpienia tego dziecka. 
Kordian ma szanse na leczenie w USA. Jego rodzice to fantastyczni młodzi ludzie, którzy błagają o pomoc dla swojego dziecka. Proszę Was i ja. Jeśli jeszcze nie znaleźliscie pomysłu na sensowny prezent świąteczny, lub sposobu, by podziękować za dobry rok, za zdrowie Waszych dzieci, pomóżcie Kordianowi. Jest nas tu tak wiele - niech każdy wpłaci choć po 5 zł... 
Co rok proszę Was przed świętami o pomoc dla jakiejś naszej znajomej rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem, która znalazła się w dramatycznym położeniu. Nigdy nie zawiedliście. Proszę więc i w tym roku dziękując Wam jednocześnie za wielkie serducha, za cierpliwość dla moich próśb i dziękując z góry za pomoc dla Kordusia.




piątek, 16 grudnia 2016

Pełnia szczęścia...

Nie kupisz szczęścia, ale możesz kupić nowe buty, czy to nie to samo? znaleziona na facebooku złota myśl wbiła mnie w zamyślenie na dłuższą chwilę.
Król Julian jako najlepszy prezent na Święta przemknął przed moimi oczami wyobraźni wyjadając czekoladki z milkowego kalendarza adwentowego, który to promuje, tak modne ostatnio hasła, rodzinnego świętowania. zastanawiam się także, kiedy Cocacolowe "coraz bliżej Święta" stały się elementem Świąt tak nieodłącznym jak polsatowski "Kevin sam w domu". I skąd ja to wszystko wiem? Gdzie ja te wszystkie informacje łapię i chłonę skoro na facebooku spędzam pół godziny dziennie a telewizor w naszym domu włączany jest raz na kilkadziesiąt dni.
Z przerażeniem też zastanawiam się, ileż informacji chłonie młodzież spędzająca w sieci wiele godzin dziennie.
Na Święta czekam z radością
Ale nie na te polsatowskie, cocacolowe czy milkowe. Nowe buty kupuję wtedy, kiedy stare zaczynają przemakać i zupełnie nie wiążę ich z bożonarodzeniową radością. Nie wykupuję też sklepów jakby po Świętach miał nastąpić wielki głód.
Z radością jednak zapalam świeczki na skleconym z otrzymanych od ystin świeczników kalendarzu adwentowym.
Z radością wyszorowałam łazienkowe kafelki i kuchenne szafki. A jeśli ktoś chce mieć taką satysfakcję ze swojej pracy jak ja polecam robić generalne porządki raz na trzy lata. Efekt jest powalający ;) Dwa ostatnie lata nie skakałam po drabinach ponieważ najpierw Hańcia była w brzuchu a następnego roku maleńka przy piersi:)
Z wielką radością pozamiatałam z podłogi pierwszą stłuczoną przez Najmłodszą bombkę :) 
Moją radość burzy jedynie infekcja tocząca obie starsze dziewczyny... ale mam nadzieję, że w końcu wyjdziemy na prostą 
Poniżej moja córeczka w pełni szczęścia...buszująca w szufladzie pełnej skarbów....:D

Udanych świątecznych przygotowań... :)

niedziela, 27 listopada 2016

Matka trójki....

piszę ostatnio bardzo rzadko... 
albowiem jestem matką trójki dzieci...
mało tego...  
jestem matką karmiącą.
najbardziej osobiście karmię Hanię, która ani myśli rozstać się z piersią. Pierś jest nie tylko posiłkiem... jest ukojeniem w trudach poznawanego dopiero życia... jest poczuciem bezpieczeństwa w obcym miejscu... jest wieczorną przystanią do której zmierzamy przez cały, pracowity dzień.
Oczywiście oprócz Hani, matka karmiąca karmi również resztę rodziny, nie piersią własną bynajmniej, ale już kurzęce, indycze czy inne wołowe i wieprzowe części ciała mają tu zastosowanie. Jakby tego było mało doszło mi jeszcze karmienie lali Zuzi, które to karmienie jest przez Hanię celebrowane tak często, że gdyby Zuzia nie była lalą to sądzę, iż  nie mogłaby się już ruszyć z miejsca. 
Lala Zuzia i książeczki to teraz podstawowe zajęcia małej Hani.  Wyjmowanki, zabawa dźwiękami czyli OnoMaTo, seria "czarne czy białe", karty kontrastowe przy których mamy mnóstwo do opowiadania i wszystkie inne książeczki ze zdjęciami warzyw, owoców, kolorów, zwierząt czy innych pogrupowanych tematów to teraz podstawa naszych zabaw. W międzyczasie oczywiście spacerek, piłka, klocki czy pisianie przy stoliczku. Teraz na pierwszym planie jest nowa kuchenka, przy której realizują się wszystkie trzy dziewczyny, najmłodsza poznając dopiero uroki gotowania a dwie starsze wspominając swoje własne pierwsze kroki stawiane przy kuchence. Dziewczyny zawsze chętnie się bawiły kuchenką... do dziś im zostało ;) Czasem się zastanawiam kto lepiej się bawi... Hanka czy dziewczyny? ;) Po wieczornej kąpieli odkryliśmy kojące działanie głosu pana Gajosa i uwielbiamy słuchać auiobooka "Chatka Puchatka" a na mikołaja czeka już "Kubuś Puchatek" również czytany przez pana Janusza Gajosa i szczerze mówiąc nie mogę się już doczekać:) .
Także wiecie... rozumiecie... 
jaka szkoda, że doba nie jest z gumy...
brakuje mi czasem czasu na muzykę, dobry film, teatr, książkę 
a przede wszystkim na sen 
ale nie narzekam 
kocham każdy, pracowicie spędzony z Hanią, dzień
każdy kolejny dzień żegnam z rozrzewnieniem wiedząc, że się nie powtórzy... 
no to znikam w Stumilowym Lesie.... :)
dobrego nadchodzącego tygodnia for all... :)

piątek, 18 listopada 2016

Na dobranoc...

Młodsza wróciła do szkoły. Życie powoli wraca na utarte tory. 
To dobrze, bo za dużo w naszym życiu zawirowań. 
Najmłodsza dochodzi do siebie po pierwszym incydencie żołądkowo gorączkowo wirusowym.
To dobrze, bo jestem zmęczona i kolejna nieprzespana noc dobije mnie na amen. 
Myślę o Starszej... i czuję jak napinają się wszystkie moje mięśnie...nawet nie wiedziałam, że tyle ich mam..  
Wchodzę do wanny i zmywam z siebie napięcie. To fizyczne powoli rozpuszcza się w ciepłej wodzie, jednak psychicznego galopu myśli nie sposób zatrzymać...
wychodzę z wanny, wbrew napisom na butelce z płynem do kąpieli, zupełnie niezrelaksowana. 
Rozważam zrobienie awantury firmie produkującej ów płyn do kąpieli 
bo przecież miał mnie zrelaksować
a nie zrobił tego 
sytuacja jasna i klarowna 
zawarłam z firmą umowę płacąc za produkt i ten produkt nie spełnił wymagań... 
zamykam oczy a przed nimi galopują obrazy, których nie może zatrzymać cała ciepła woda świata ani żaden relaksujący płyn, olejek eteryczny,wino, wódka ani szampan... 
nie wytoczę wszystkim procesów więc idę spać i zapominam o wszystkich niezrealizowanych marzeniach i planach... 
to dobrej nocy... 
i dobrego weekendu 
odpocznijmy...

piątek, 11 listopada 2016

Maly człowiek....

Zapomniałam już jak małe dziecko może sobą absorbować. Jak wielki rozgardiasz może wokół siebie robić. I jak trudno ten rozgardiasz ogarnąć bo przecież takiemu małemu człowiekowi wszystko jest potrzebne. A dodatkowo, kiedy próbuję przygotować jakiekolwiek jadło dla pozostałej  części rodziny, mały człowiek stoi przed moimi nogami i domaga się w sposób nieznoszący sprzeciwu aby mógł uczestniczyć w tych działaniach. Uczestniczenie w tych działaniach często uniemożliwia dalsze działanie....
i co robimy w takich sytuacjach...?
w takich sytuacjach jemy jajecznicę... 
i zupełnie nikomu to nie przeszkadza :) 
wiem już że ten etap skończy się dużo szybciej niż bym chciała 
więc z fascynacją patrzę jak mały człowiek uczy się precyzji przelewając  wodę z butelki do plastikowego kubka. Następnie z fascynacją patrzę jak mały człowiek uczy się precyzji starając się z tego kubka przelać ową  wodę do pyszczka misia, kubła z zabawkami, szuflady w meblach, szuflady w łóżku, na krzesło, na sofę, na panele podłogowe tudzież do własnej buziuni (właściwe podkreśl)  :) 
z fascynacją obserwuję zdziwienie małego człowieka, kiedy owa woda trafiając do buziuni rozlewa się po szyjce, dekolcie, łapkach, zaczyna dławić w gardle i jak to po kilku nawoływaniach mamy "rączki do góry" mały człowiek sam już wie, że w przypadku drapania w gardle po zalaniu wodą owe łapki do góry należy podnieść i robi to ze śmiechem i wielką radością :) 
Mokra, brudna i szczęśliwa - moja córeczka 
a ja nie mogę się napatrzeć 
bo wiem że to ostatni raz 
i wiem, że minie szybko 
i czekam na ciąg dalszy - niemniej przecież fascynujący 
podróż przez świat małego człowieka jest taka dynamiczna...
i taka absorbująca :) 
Pierwsze kroki w macierzyństwo... ucz się córeczko ... ucz... :)

niedziela, 6 listopada 2016

Dobrej niedzieli...

Tyle razy słyszałam że powinnam być szczęśliwa że nie mam odwagi nie być.
Nie ryzykuję. 
I tak jak ciężko wyjść z domu bez umycia zębów i obsmarowania twarzy czymś z gruntu upiększającym, przynajmniej w naszym własnym mniemaniu, tak samo ciężko zostawić przyklejany uśmiech w domu.
Zabieram więc... 
nakładam na twarz 
i pamiętam, żeby od czasu do czasu poprawić... 

i czasami zastanawiam się czy sama potrafię rozróżnić, kiedy na ustach pojawia się ten prawdziwy... 


W życiu piękne są tylko chwile... 

Kiedy już to wiesz... doceniasz każdą z nich...

piątek, 4 listopada 2016

jak żyć...?

Mało mnie... 
Coraz mniej ... 
Coraz więcej chaosu i niepewności

Starsza jedzie do szkoły w pobliskim, dużym mieście aby nabyć wiedzy o zawodach w jakich ewentualnie mogłaby się kształcić po zakończeniu gimnazjum 

ale... 

moja córka jedzie na wycieczkę 
planuje posiłek jaki ze sobą zabierze na te dwie godziny, czyli batonik i żelki oraz coś do picia... 

nie wytrzymuję 
wychodzę 
bo inaczej zacznę wrzeszczeć 

a przecież ona i tak nie zrozumie w czym problem